księga gości


2004
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień



rozdziały- JESIEŃ
***Koniec***

rozdziały- LATO
***122***
***121***
***120***
***119***
***118***
***117***
***116***
***115***
***114***
***113***
***112***
***111***
***110***
***109***
***108***
***107***
***106***
***105***
***104***
***103***
***102***
***101***
***!!!100!!!***
***99***
***98***
***97***
***96***
***95***
***94***
***93***
***92***
***91***
***90***

rozdziały- WIOSNA
***89***
***88***
***87***
***86***
***85***
***84***
***83***
***82***
***81***
***80***
***79***
***78***
***77***
***76***
***75***
***74***
***73***
***72***
***71***
***70***
***69***
***68***
***67***
***66***
***65***
***64***
***63***
***62***
***61***
***60***
***59***
***58***
***57***
***56***
***55***
***54***
***53***
***52***
***51***
***50***
***49***
***48***
***47***
***46***

rozdziały- ZIMA
***45***
***44***
***43***
***42***
***41***
***40***
***39***
***38***
***37***
***36***
***35***
***34***
***33***
***32***
***31***
***30***
***29***
***28***
***27***
***26***
***25***
***24***
***23***
***22***
***21***
***20***
***19***
***18***
***17***
***16***
***15***
***14***
***13***
***12***
***11***
***10***
***9***
***8***
***7***
***6***
***5***
***4***
***3***
***2***
***1***

opowiesci-szczura


***JESIEŃ***
Młody w jednej chwili wybiegł na środek boiska. Dzierżył w dłoni ciężki słupek. Rozglądał się pazernie na wszystkie strony jakby szukał czegoś lub kogoś konkretnego. Błyskawicznie powalał nadbiegających przeciwników. Cała adrenalina i nienawiść, która od pechowego dnia siedziała w nim skumulowana pokazywała teraz swe ostre zęby. Jednak nie miał być to szczyt jego możliwości. Nie miał na tym zaprzestać. Może chciał udowodnić starszemu bratu, że wszelkie wstawiennictwo nie będzie już potrzebne.
Glany lądowały ciężko na nieznajomych. Niepokój, napięcie malowało się na jego twarzy. Nagle wyraźny upływ negatywnych emocji! Oczy zaszkliły się radośnie zawieszone na postaci oddalonej o kilka metrów.
Bartek nie zastanawiał się długo. Nie spieszył się, wiedział, że teraz pośpiech nie jest wskazany. Kiedy podchodził coraz bliżej, ręka chowała się w kieszeni, ściskała nóż.
Ostrzył go jeszcze chwile przed wyjściem i przeglądał się w jego ostrzu.
Nie wahał się.
Zagłębił go w ciepłym ciele.
Czekał jeszcze chwilę zanim zaatakował, chciał by ofiara widziała jego oblicze przed upadkiem.
Faktycznie- oczy chłopaka zaszkliły się łzami i w zdziwieniu wybałuszyły się jeszcze bardziej.
Przez osiem miesięcy nie zapominał. Zemstę za upokorzenia odłożył na odpowiedni moment. Dobrze pamiętał dzień, w którym przyjaciele stali się wrogami.
Z Franzem łączyła go przyjaźń, jak się wydawało, trwalsza niż śmierć, ale wystarczyło poczekać, by przez jedno piwo wszystko runęło, a świat Młodego zachwiał się straszliwie.
Obiecał sobie, że tego tak nie zostawi. Zapłata miała być krwawsza od krwawiącego serca. W tym momencie nie były ważne konsekwencje. Nie myślał o Ance, matce ani ojcu, nie myślał nawet o sobie dając ponieść się emocjom, momentowi, który był najbardziej stosowny, by zapomnieć o zdrowym rozsądku.
Sprawa odbyła się na jesień. Świadkowie zeznali na jego niekorzyść. Matka płakała i osunęła się na kolana, gdy zapadał wyrok. Ja spuściłem wzrok, czułem się winny jak nigdy. Mogłem przecież nie zapominać o realiach świata, w którym żyliśmy.
Nie dopełniłem obietnicy złożonej Kaczce. To Łysy wyniósł mnie ze stadionu i zaniósł na pogotowie. Dzięki temu nie zostaliśmy złapani i nie przyznano nam terminu w sądzie.
Policja przyjechała w chwili, gdy opuszczaliśmy już las. Posterunki w obrębie 30 km zapełniły się ludźmi z mojego miasta. Nie zważano kto stał po jakiej stronie i wszystkich ładowano to wspólnych cel. To może wtedy zapadło niewypowiedziane porozumienie między Debilem a Anzelem. Obrzucali się wściekłymi spojrzeniami, aż w końcu obydwaj odwrócili się jednocześnie i odeszli w przeciwległe kąty.
Anzel zakopał topór wojenny i zawiesił działalność propagandową. Odszedł godnie na emeryturę. Jego miejsce zajęli bezwzględni „gówniarze”, którzy chcieli przewyższyć mistrza w okrucieństwie i strategii. Ich działania zamknęły się w obrębie Mołdaw ku mojej uciesze wyżynali się między sobą tworząc ze swojego otoczenia getto. Pomyśleć można było, że to oni obdrapywali tynk z szarych bloków i wyrywali trawę, by miejsce to stało się jeszcze bardziej szkaradne.
W Jantarze tradycja propagowana przez długie lata zanikała. Dzieci grzecznie chodziły do szkoły, po lekcjach grały w piłkę przed blokiem i zgodnie z przysięgą złożoną na pierwszej komunii, nie tykali alkoholu do 18-tego roku życia. To co obserwowałem, te grupy „młodych gniewnych” dumnie kroczące po ulicach centrum, stoczyły się do podziemia, wąchając klej i wciskając w siebie tony prochów pobudzających ukradzionych z rodzinnych apteczek. Społeczeństwo podupadło.
Reszta miasta nie wykazywała wielkich zmian. Życie w Dolnym Mieście leniwie parło do przodu. Kępa nadal grupowała siły przeciw nieistniejącemu już wrogowi.
Łysy nieustannie przy mnie planował, układał, kreślił ręką w powietrzu. Był chyba skazany na życie tutaj, w domu matki, bez nikogo przy swoim boku. Jednak nie tracił naiwnej nadziei. Łapczywie chwytał się każdej okazji, by zaspokoić swoje popędy z przypadkową dziewczyną i z łatwością na drugi dzień o tym zapominał klejąc się do innej. Wiedziałem jednak, że tęskno spogląda w inną stronę.
Kiedy zastanawiałem się później nad prośbą Kaczki tknęło mnie, że przyciska ją coś co trudno jej znieść. Mimo wyzwisk i ciągłych potyczek było oczywiste co między Łysym a nią błyska. Nie były to bynajmniej gromy. Żadne z nich nie chciało przyznać się do swoich uczuć. Historia zatoczyło koło, ale zatrzymało się ono i nie miało już nigdy ruszyć. Kaczka i Łysy nie mieli już nigdy być ze sobą, oboje zbyt dumni żeby odnaleźć cel w życiu.
Ja natomiast otworzyłem oczy. Zrozumiałem jak powinienem postąpić i poszedłem do Sylwii. Otworzyła mi, ale bluzka płasko spoczywała na jej brzuchu.
Poroniła kilka dni wcześniej. Chciałem by na grobie małego widniało moje nazwisko.
Wcześniej, tuż obok wykopano drugi dół.
Na ścianie w kamienicy nadal widniała anarchia, ale Ośki tam nie było. Wyjechała szukając perspektyw. Nie znajdowała tu dla siebie przyszłości. Po śmierci Marcina umilkła i straciła swój wrodzony optymizm.
Marcin już od dawna usychał. Brakowało mu szczęścia. Życie przeciwko sobie wykańczało go psychicznie. Był motylem, który raz pochwycony po wypuszczeniu szybko umrze. Dlatego kiedy nadarzyła się okazja, wyciągnął nóż z ręki leżącego na ziemi młodego chłopaka i wbił go sobie w serce. Kiedy odchodził nie bał się, że będziemy go uważać za tchórza. Dla nas zginął bohatersko.
Dzień, gdy stałem nad jego grobem i wpatrywałem się w powoli spuszczaną trumnę był najsmutniejszym dniem w moim życiu. Wiedziałem jednak, że byłby szczęśliwy widząc nas wszystkich razem. Cieszyłby się widząc Pawła, który przyjechał, by pochylić się nad otwartą trumną i ostatni raz sprzedać mu wątłego kuksańca.
Rzucając róże w przepaść, w której Marcin miał już gościć przez wieczność, zorientowałem się nagle, że odnalazłem szczęście.


2004-10-24 13:59:05 skomentuj (1)